To jedna z tych książek, które wciągają powoli, ale konsekwentnie, a potem orientujesz się, że odkładasz wszystko inne, bo chcesz wrócić do bohaterów i ich świata. I bardzo dobrze, że ta powieść ma ponad 500 stron, bo ja lubię przebywać z bohaterami, których polubię. A tu naprawdę jest z kim pobyć.
Akcja „Spotkamy się pod drzewem ombu” rozgrywa się głównie w Argentynie, na rozległym, rodzinnym ranczu, gdzie tytułowe drzewo ombu staje się symbolem pamięci, miłości i rodzinnych tajemnic. To saga rodzinny Solanas, obejmująca kilka pokoleń. Członkowie rodziny Solanas są liczni, barwni, często niejednoznaczni; każdy z nich wnosi do opowieści własny ból, marzenia i sekrety. To przede wszystkim opowieść o namiętnościach, wyborach, które mają konsekwencje na całe życie, i sekretach, które nigdy nie zostają naprawdę pogrzebane. To także historia miłości, tej pierwszej, wielkiej i tej, która przychodzi później, często wtedy, gdy człowiek nie bardzo już w nią wierzy. Montefiore pokazuje, jak przeszłość potrafi wpływać na teraźniejszość, jak dzieci dziedziczą nie tylko majątek, ale też emocjonalne długi swoich rodziców. To opowieść o miłości, ale nie tej cukierkowej. Raczej o miłości trudnej, czasem bolesnej, często niespełnionej. O rodzinie, która potrafi być jednocześnie bezpieczną przystanią i źródłem największych ran. O kobietach silnych, ale niepozbawionych wątpliwości, oraz o mężczyznach, którzy nie zawsze potrafią udźwignąć konsekwencje własnych decyzji.
Santa Montefiore ma dar opowiadania historii w taki sposób, że człowiek czuje zapach kurzu na ranczu, upał argentyńskiego słońca i emocje buzujące pod powierzchnią codziennych rozmów.
Polecam szczególnie tym, którzy lubią długie, wielowątkowe historie, rodzinne sagi i książki, które pozwalają na chwilę uciec do innego świata bez poczucia, że to czas stracony.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz